Miliony monet

Byliśmy kiedyś zamożni. Ba, byliśmy nawet milionerami. Mama pracowała w wojsku, a tato jako kierowca autokaru na międzynarodowych trasach przywoził skarby o jakich moi rówieśnicy mogli jedynie pomarzyć. Do zabawy na kocyku, w przerwach od skakaniu po drzewach, huśtawkach i trzepakach, miałam najpiękniejsze lalki barbie na całym podwórku. Ileż to godzin spędziłam zaznajamiając moją długowłosą piękność z Kenem, który nigdy nie mógł wybrać czy woli ją, czy też lalki moich koleżanek. Różowy kabriolet zajeżdżał pod nowo urządzone mieszkanko z kuchenką gazową i otwieranym oknem! Szał! Pamiętam jak dzisiaj pliki kolorowych banknotów, które dostawałam od mamy. Podekscytowana wymyślałam kolejne rzeczy, które będę mogła zakupić za te setki papierków. Szkoda, że szybko dość okazały się praktycznie bezwartościowe, bo nie starczyły nawet na zakup rurki z kremem, w której to wówczas się lubowałam.

W Wietnamie znów to poczułam. Znów mam 6 lat i obracam tysiącami. Żeby tylko! Teraz te tysiące to marna reszta, bo mogę obracać milionami, które już jakąś swoją wartość mają. Do tego trafiam do kurortu w południowej części tego rozległego kraju. Na ulicach blichtr w jakże wietnamskim wydaniu i typowej dla nich estetyce, wysokie na kilkanaście pięter hotele zaraz przy plaży, deptak jak w Sopocie i mnóstwo ludzi podobnych do siebie. Coś mi tu nie pasuje. Staje się bardziej czujna, próbuję wychwycić słowa, wyostrzam wzrok i po paru minutach już wiem o co chodzi. Trafiliśmy do Nha Trang, najpopularniejszej nadmorskiej miejscowości praktycznie przejętej przez rosyjskich turystów. Stąd tak dużo kasyn, nieskończenie wiele sklepików z odblaskową odzieżą, złote klapki, kebaby i wszystkie te szyldy pisane cyrylicą. Po zmroku negliż, pijaństwo i przekleństwa. Wszędzie męskie rybaczki, łańcuchy i Wietnamczycy zapraszający na strawę czy do zakupu papierosów po rosyjsku.
Przez głowę przebiega cwana myśl, bierzmy skuter i uciekajmy stąd w kierunku bezludnych plaż, które obiecali Nam w promieniu 50 kilometrów od tego kuriozum. Pierwsze minuty zapowiadają się obiecująco. Trasa biegnie przez wzgórza, wpadające prosto w wzburzone południowe Morze Chińskie, a na horyzoncie majaczą całe ich łańcuchy. Wizja pięknych wydm, czystego piasku i braku żywej duszy na horyzoncie szybko odchodzi w sferę marzeń. Long Beach okazuje się być jednym wielkim placem budowy zakończonym świetnie prosperującym międzynarodowym lotniskiem. Za rok, może szybciej, będzie tu można wydawać te wszystkie grube miliony, które tak oszałamiają na wjeździe do kraju. I że też nikomu nie szkoda tych wydm, okolicznych małych sklepików, targowiska z owocami morza oraz pensjonatów. Wszystko stało się już prywatną własnością obcego kapitału.

Patrząc na to co się dzieje w Nha Trang i okolicach powinniśmy piać peany! Niech żyje polskie wybrzeże! Niech żyją plaże może i pełne parawanów, ale w pełni Nasze. Bez tych wszystkich zagranicznych inwestorów bezpowrotnie zmieniających ich charakter i odcinających od szarego obywatela, marzącego o wygrzaniu swych kości na ich żółtych, ciepłych piaskach. Niech żyją gofry, smażalnie ryb i pensjonaty z lat 90tych. Lasy, wydmy i ten niepowtarzalny zapach. I niech żyją płuca pełne jodu i kieszeni pełne monet! Oddam miliony za Hel zimą i te wszystkie zapomniane plaże bez tandetnych jarmarków próżności latem. Miliony dongów rzecz jasna!

 

One thought on “Miliony monet

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s